STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

sobota, 29 października 2016

Zadni Granat - musnąć Orlą Perć

Odkąd chodzimy po Tatrach notorycznie przypominam sobie i innym, że doświadczenie trzeba zdobywać stopniowo. Szczególnie w naszym przypadku, kiedy to góry odwiedzamy zazwyczaj poza sezonem gdy leży śnieg. Tym razem postanowiliśmy podnieść poprzeczkę i pokręcić się w rejonie Orlej Perci. Pogoda nie napawała optymizmem, więc jako pierwszy cel wyznaczyliśmy Schronisko Murowaniec na Hali Gąsienicowej. Tam mieliśmy podjąć decyzję, co dalej. Długo tęskniliśmy za górami, więc mieliśmy ochotę wejść gdzieś wysoko...


Tego dnia maszerowałem z poczuciem małej euforii. Wreszcie wróciłem w ukochane Tatry. To był ten moment, kiedy jeszcze nie wiedziałem, jaki bagaż doświadczeń przyjdzie mi wynieść z kolejnego wypadu w góry. Zastanawiałem się, które szczyty zdobędę, jakie szlaki trafią do mojej kolekcji. Plany były ambitne, choć wiedzieliśmy, że pogoda może nam utrudnić realizację wyznaczonych celów. Tamtego dnia mieliśmy wspiąć się na Kościelec, lecz ostatecznie obraliśmy kurs na Granaty. 

Startujemy z Kuźnic. O świcie nad Zakopanem unosiła się mgła. Nic nowego, typowa jesienna pogoda. Idąc ku Hali Gąsienicowej trzeba podjąć decyzję, którą z dróg wybrać. My zdecydowaliśmy się iść niebieskim szlakiem przez Boczań, ponieważ jeszcze nas tam nie było. Żółty szlak przez Dolinę Jaworzynkę zaś znamy już dobrze. 


Od samych Kuźnic droga pnie się po kamiennym chodniku w górę. Czujemy, że jeszcze nie jesteśmy w tatrzańskim rytmie, a nogi nie są przyzwyczajone do wysiłku. Ponadto walczyliśmy z wilgotnością sięgającą 98%. Choć nie padał deszcz, byliśmy cali mokrzy i czuliśmy, że bardzo ciężko się oddycha. Po pewnym czasie weszliśmy na pierwszy ze szczytów - Boczań, 1208 m n.p.m. Wierzchołek tej góry bardzo łatwo przeoczyć. Nie ma tam żadnej tabliczki ani innej informacji, że zdobyliśmy szczyt. O tym, że wdrapaliśmy się na Boczań świadczy miejsce, w którym szlak mocno skręca pod kątem blisko 180'. Na szczycie jest też nieco więcej wolnej przestrzeni, lecz wciąż jesteśmy w lesie, więc praktycznie nic stamtąd nie widać.

Przez jakiś czas kontynuujemy powolną wspinaczkę przez las, z którego wydostajemy się dopiero na wysokości ok. 1300 m n.p.m. Brniemy przez mgłę ku Skupniów Upłazowi. Szlak biegnie po grani. Jest szeroko i zupełnie bezpiecznie. Bardzo równomiernie nabieramy wysokości, by w końcu dotrzeć do Przełęczy między Kopami (1499 m n.p.m.). Tutaj niebieski szlak przez Boczań łączy się z żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynkę. 


98% wilgotności powietrza sprawia, że jesteśmy cali przemoknięci. Cały czas wdychamy parę wodną, więc z trudem łapiemy każdy oddech. Wokół nas fruwały niezliczone cząsteczki wody, które unosiły się w powietrzu w stanie nieważkości, jakby nie istniało nic takiego jak grawitacja. Fatalna pogoda. Nie sądziłem, że wejście na wysokość 1500 metrów będzie kosztowało nas tyle wysiłku. Cieszy jednak fakt, że teraz do Murowańca idzie się już praktycznie po płaskim.
Docieramy do Hali Gąsienicowej. Nawet nie spodziewaliśmy się ujrzeć grani Orlej Perci ani majestatycznego Kościelca na tle przepięknego krajobrazu. Ledwo widzieliśmy drogę parę metrów przed nami. Wiemy co tracimy, bo już kiedyś tu byliśmy. No nic, idziemy do Murowańca na szarlotkę i kawę. Sprawdzimy pogodę, zerkniemy na mapę, podejmiemy decyzję co dalej. 

No i dupa - to stwierdzenie jest charakterystyczne dla naszego wrześniowego pobytu w Tatrach. Ambitne plany i fatalna pogoda. Na szczęście zjedliśmy oboje po sporym kawałku szarlotki, więc z naładowanymi bateriami opuściliśmy schronisko i udaliśmy się w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tutaj także już byliśmy, więc mieliśmy świadomość jakie piękno skrywają te gęste chmury. Działała jedynie wyobraźnia, bo oczy mogły tylko błądzić po bezkresie szarości. 

Nad Czarnym Stawem nawet się nie zatrzymaliśmy. Nic nie widać. Choć marzyłem tego dnia o Kościelcu, postanowiliśmy jednak odpuścić. Ten szczyt jest dla mnie wyjątkowy i chcę go zdobyć przy dobrej pogodzie. Wyznaczyliśmy kolejny cel - Zmarzły Staw. Mieliśmy dużo czasu i liczyliśmy na jakieś okno pogodowe, które odsłoniłoby nam widok na przepiękne ściany grani Orlej Perci. 


Serce zabiło mocniej. Mgła zdawała się rozpraszać, odsłaniając kontury majestatycznego Kościelca. Chwilę później ukazały się skały Kościelcowego Kotła. Wtedy pomyślałem, że warto wejść gdzieś wysoko i liczyć na to, że mgła osiądzie a my będziemy patrzeć na szczyty Orlej Perci unoszące się nad chmurami. Wciąż celem pozostaje Zmarzły Staw, choć po cichu już myślałem o Zadnim Granacie.

Mijamy skrzyżowanie niebieskiego szlaku z żółtym, biegnącym na Skrajny Granat. Przed nami zaś chmury odsłaniają skały Kościelcowego Kotła, pośród których pnie się nasza ścieżka. 


Nabieramy wysokości wspinając się po kamiennych stopniach. Docieramy do momentu, w którym zaczynają się strome skały wymagające użycia rąk przy wspinaczce. Nadszedł moment zwątpienia - było bardzo, bardzo ślisko. Mżawka, wilgoć i zimna skała zmuszały nas do maksymalnej czujności. Choć nie jest to miejsce w którym ryzykujemy upadek z wysokości, to wizja poślizgnięcia i poobijania się o skały przygasiła nasz entuzjazm. Przy takiej pogodzie łatwo tam zrobić sobie krzywdę. Na szczęście mieliśmy ze sobą kaski, które chroniły nasze głowy przed potencjalnym upadkiem. 

Nie potrafię subiektywnie ocenić poziomu trudności tego odcinka, bo pokonywałem go przy śliskiej skale w beznadziejnych warunkach. Na pewno wiele miejsc (szczególnie kominek) wymaga użycia rąk przy wspinaczce. Są też fragmenty, na których dobrze jest się podeprzeć, lecz przy suchej skale nie powinny one stanowić większej przeszkody. 


Docieramy nad Zmarzły Staw (1778 m n.p.m.). Tutaj spotykamy ekipę, która zawróciła z podejścia na Zawrat. Potem dołączył chłopak, który schodził z Koziej Przełęczy. Wszyscy mówili, że warunki fatalne, nic nie widać, pada mżawka i wieje. Długo się wahaliśmy, czy iść dalej na Zadni Granat. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że spróbujemy. Sprawdziłem dokładnie tę trasę i wiedziałem, że nie jest specjalnie wymagająca, a w razie czego i zejście nie będzie stanowiło problemu. Przed nami próba pobicia rekordu wysokości. Dotąd najwyżej byliśmy na Starorobociańskim Wierchu (2176 m n.p.m.). Wchodzenie powyżej 2200 metrów w warunkach zimowych wymaga już większego doświadczenia, więc zależało nam by wykorzystać okazję, że jesteśmy w Tatrach i nie ma śniegu. Atakujemy zatem Granaty.


Znad Zmarzłego Stawu odbijamy na żółty szlak. Od początku czeka nas strome podejście i śliska skała. Szybko nabieramy wysokości maszerując po kamiennych stopniach. Przed nami spore utrudnienie - kilkumetrowy, stromy komin, po którym spływa woda. Ślisko jak cholera i niewiele miejsca, by stabilnie postawić stopę. Czujne miejsce, na szczęście obyło się bez siniaków. Docieramy tym samym do rozwidlenia. Szlak żółty, którym do tej pory podążaliśmy, biegnie ku Koziej Przełęczy i dalej do Doliny Pięciu Stawów. My skręcamy w szlak zielony i będziemy się go trzymać aż do grani. 


Idziemy po niezbyt stromym chodniku ułożonym z kamieni. Wciąż nic nie widać. Na wysokości 1936 m n.p.m. od zielonego odbiega czarny szlak, wspinający się Żlebem Kulczyńskiego na Orlą Perć. W tym miejscu zaczyna się też intensywne podejście na Zadni Granat.

I tutaj nie wiem co napisać. Podejście na Zadni Granat pamiętam jako niekończącą się wspinaczkę przez mgłę po sporych, kamiennych stopniach. Była to nasza pierwsza tatrzańska trasa podczas tego wyjazdu, więc nieprzyzwyczajone nogi mocno dostawały w kość, dosłownie. Podejście było niesamowicie nudne, choć pchała nas do przodu świadomość, że już niedaleko jest nasz cel i żałowalibyśmy wycofania się w tamtym momencie. Było kilka czujnych miejsc, które wymagały użycia rąk i pełnej koncentracji, lecz było to spowodowane raczej mokrą skałą aniżeli stromizną. Tak oto wiliśmy się zygzakiem przez mgłę, nie wiedząc nawet, jaki odcinek szlaku jeszcze przed nami. Popsuły się nastroje, lecz upór i wola walki pchały nas przed siebie. Mieliśmy dość, ale wiedzieliśmy, że cel już blisko. 


Wreszcie, wchodzimy na grań. Dotarliśmy do miejsca, w którym zielony szlak łączy się z Orlą Percią. Odbijamy w lewo i po chwili zdobywamy Zadni Granat (2240 m n.p.m.).


Nasza radość z dotarcia na szczyt nie trwała długo. Zaczął padać deszcz. Nie było żadnych szans na poprawę pogody, więc po chwili odpoczynku rozpoczęliśmy schodzenie. Z reguły droga w dół zajmuje znacznie mniej czasu. W tym przypadku było inaczej. Przy śliskiej skale wchodzi się znacznie łatwiej. Przy schodzeniu po wysokich kamiennych stopniach ciało opada z dużym impetem. Każdy nasz krok musiał być maksymalnie amortyzowany, przez co solidnie obrywały kolana. Byliśmy naprawdę zmęczeni, a na samą myśl o długości drogi powrotnej popadaliśmy w depresję. Z jednej strony chcieliśmy szybko zejść, z drugiej strony baliśmy się, żeby się nie nabawić jakiegoś urazu przy poślizgnięciu. Trudno było znaleźć kompromis i choć powtarzaliśmy sobie "spokojnie, bez pośpiechu" to i tak zdarzyło się nam parę razy obetrzeć tyłki przy bardziej stromych zejściach. Było kilka krytycznych momentów, w których czuliśmy się bezsilni, bezradni i pozbawieni wszelkiej woli zejścia choćby do schroniska. Po dotarciu do Koziej Dolinki szło się już jakby lżej. Poprawiły się nastroje na samą myśl o tym, że najgorsze już za nami. Nawet zaczęliśmy ze sobą rozmawiać :) Gdy dotarliśmy do Czarnego Stawu Gąsienicowego już powróciło poczucie humoru i radość z faktu, że za chwilę siądziemy w schronisku i zbierzemy myśli do kupy. 

Choć dziś jestem dumny ze zdobycia najwyższego z Granatów, to mówiąc otwarcie ta wyprawa była błędem. Byliśmy nieprzygotowani kondycyjnie na taki wysiłek, lub po prostu nasze kolana zapłaciły wysoką cenę za wspinaczkę po śliskich kamieniach. Do Zakopanego wróciliśmy już po zmroku. Byliśmy totalnie wyczerpani, a ból kolana i opuchnięte ścięgno kostki dawały mi się we znaki podczas wszystkich następnych wyjść na szlaki. Zdobycie Zadniego Granata przepłaciliśmy ogromnym wysiłkiem. Czuję się jakbym wszedł na Rysy w japonkach. Szczyt zdobyty, ale w kiepskim stylu. Niestety zachłysnęliśmy się radością z powrotu w Tatry. Następnym razem na pewno wybierzemy się na początek na łatwiejsze drogi, żeby przyzwyczaić nogi do wysiłku. Niemniej jednak zwyciężyła determinacja.

/ podrozeMM

2 komentarze:

  1. Brawo! Za zdobycie szczytu i tak obszerną oraz rzetelną relację.
    Podziwiam ten wyczyn i trochę zazdroszczę, chociaż pewnie bym się nie odważyła na taką eskapadę. Przeczytałam opis z przyjemnością i życzę Wam jak najwięcej przygód, ale tych pozytywnych, które nie zmazują uśmiechu z twarzy. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda przygoda jest pozytywna, od momentu kiedy jest się już w ciepłym domu :)
      Od nas również pozdrowienia!

      Usuń